Recenzja słuchawek Brainwavz HM9

Brainwavz HM9 portable headphones review

Brainwavz przyzwyczaił już swoich odbiorców do tego, że ich produkty potrafią zaskakiwać, tak pozytywnie, jak i negatywnie. Pozytywnie chociażby pod postacią tanich i bardzo dobrze brzmiących modeli dokanałowych z serii Alpha/ProAlpha czy M1. Negatywnie – chociażby różnie wypadającymi kwestiami jakościowymi przy M5 lub trzykrotną przebitką cenową HM3, które nabyć można było również jako rebrand Maxella. Za każdym jednak razem słuchawki, nawet jeśli były to OEMy, wykazywały się pewnym potencjałem, który konsumenci potrafili docenić. Tak samo miało być (i na swój sposób jest) w przypadku HM9.

 

Dane techniczne
- przetworniki: 40 mm, dynamiczne
- impedancja: 40 Ohm
- pasmo przenoszenia: 10 – 24 000 Hz
- skuteczność: 104 dB
- maksymalna moc wejściowa: 1000 mW

Zawartość opakowania (prócz słuchawek):
- twarde etui
- kable: płaski 1,2 m, płaski 3 m, okrągły 1,2 m z mikrofonem
- adapter lotniczy
- instrukcja

 

Jakość wykonania i konstrukcja
Mówiąc od razu wprost – słuchawki są dobrze wykonane, masywne, toporne, nastawione na „przytulanie się” do naszej głowy od samego początku. Ale może przejdźmy do konkretów:

- pałąk
Opiera się na „kanapce” w postaci plastikowych łuków wzmocnionych od środka stalową taśmą, a w zasadzie wygląda to tak, jakby to wspomniana taśma była wzmocniona plastikowymi elementami. Imponująca jest w tym wszystkim poduszka pałąka, gruba i wygodna, co zaliczam na wyraźny plus.

- mechanizm składania
Jest fatalny i nie chodzi mi tu o jego jakość czy potencjalną wytrzymałość, ale fakt, że nie ma absolutnie żadnej blokady pozycji. W efekcie słuchawki same się składają po ściągnięciu, telepią, zwracają uwagę wariującą w ten sposób w rękach masą. Ktoś tu definitywnie o czymś zapomniał na etapie projektowania.

- nausznice
Są całkiem wygodne, o ile mówimy o nich w sensie ogólnym. Wykonane z bardzo miłego w dotyku materiału skóropodobnego łatwo wtapiają się w kształt naszych małżowin, co pozostaje nie bez znaczenia dla każdego modelu nausznego.

- wygoda
Niestety pod tym względem sumarycznie nie jest najlepiej. Cóż bowiem po miłych i adaptacyjnych padach, skoro nie dość, że słuchawki mają swoją dosyć sporą masę własną, to jeszcze pałąk generuje jednak od pewnego momentu dramatycznie rosnący docisk, który dla osób o większych głowach powoduje bardzo szybko pojawiający się dyskomfort i to zwłaszcza, że to model stricte nauszny, a nie wokółuszny. Jedynym realnym plusem takiej sytuacji jest dodatkowa izolacja od otoczenia, więcej zalet w tym nie widzę. Sprzęt jest tu definitywnie skrojony dla małych chińskich głów i tyle w temacie.

- okablowanie i wyposażenie
Do dyspozycji dostajemy wraz z tym modelem aż trzy wymienne przewody, w tym jeden z mikrofonem oraz typowy dla Brainwavza hard case wraz ze smyczką. Całość jest rozwiązana o wiele bardziej sensownie i estetycznie niż w Hammo, które nie sprawiają na ich tle wrażenia słuchawek zbyt poważnych.

 

Brainwavz HM9 Brainwavz HM9

Brainwavz HM9 Brainwavz HM9

Brainwavz HM9 Brainwavz HM9

Brainwavz HM9 Brainwavz HM9

Brainwavz HM9 Brainwavz HM9

 

Mamy tutaj mieszankę dobra ze złem, ale taki jest już urok tego typu konstrukcji. HM9 to miejskie „półizolatory”, jeśli mógłbym tak je określić, bo o ile nie dają tutaj izolacji bezwzględnej, tak pomaga im w tym odpowiednie strojenie, o którym powiem szerzej za chwilę. Świetnie moim zdaniem się prezentują, mają ciekawą konstrukcję, dobre materiały, ale są zbyt agresywne w stosunku do wielkości głowy słuchacza i mało praktyczne przez kilka cech. Pozostaje wrażenie, że można było je nieco jeszcze dopracować, choć wtedy mogłyby się pojawić dodatkowe problemy, np. z utrzymaniem się na głowie itp. Jak zwykle – coś za coś, nie można mieć wszystkiego.

 

Brzmienie
HM9 to słuchawki trochę toporne nie tylko z budowy, ale też zachowujące się czasami alogicznie w zależności od rzuconego im utworu. Przesłuchując je cały czas miałem na myśli zamysł producenta w postaci próby połączenia HM3 z HM5, bardziej jednak operując na tym pierwszym. Zacznijmy od rzeczy najważniejszej – nie, to nie są Beatsy, spodziewałem się „bitsowania” a okazało się, że mam przed sobą zwykłe ciemne i ciepłe słuchawki, po prostu. Z jednej strony to dobrze, bowiem głuchego przebasowienia i tylko przebasowienia za 600 zł bym naprawdę nie darował, z drugiej od razu przebija do nas charakter tych słuchawek wynikający z takiego a nie innego strojenia – miejski, typowo miejski.

Bas jest w nich całkiem obfity, serwowany z wyraźną masą i ciążeniem nawet na źródłach odbasowionych. Nie jest to para przenośnych nausznych wooferów co prawda (jest go mniej niż w EVO MKI), ale dolne zakresy przypominają mi rękawice bokserskie, gdy człowiek stara się sobie jakoś dźwięk HM9 w tym obszarze zmaterializować. Na jaśniejszych źródłach, które lubię wyciągać na takie okazje, ze zdumieniem stwierdzałem, że niezbyt garnie się on do różnicowania materiału i jego ilość oraz specyfika każą mi podejrzewać, że właśnie ten typowo miejski cel próbuje być w taki sposób w nich osiągnięty. Ma to swój plus taki, że miejska dżungla nam basu swoim hałasem nie zadławi, minus – że akustycznie nie jest to dla tych słuchawek i ich odbioru zbyt dobre. Nie jest to też tak, że mój negatywny pogląd na HM9 wynika tylko z ilości basu i jego obecności. Słuchawki mogą być bardzo basowe i jednocześnie niezwykle akuratne, oferując niskie częstotliwości podane mocno, ale na jakby „złotej tacy”. To odróżnia właśnie słuchawki tłukące głucho basem od dojrzałych basowych modeli, jak np. Denony AH-D1100. HM9 do takiego poziomu jakościowego – po prostu jakościowego – wyraźnie na tym tle brakuje.

Średnica to pokaz słyszalnego mułu i gęstości, co doskonale uzupełnia się z linią basową, ale tym razem w nieco łącznie negatywnym świetle. Uderzyła mnie jej monotonność i brak przejrzystości, granie jakby zza kotary i wywoływanie tym samym wrażenia, że jest sporo bardziej pogrubiona, niż powinna być, aby móc dać satysfakcjonujące efekty. Tak jak próbowałem zmaterializować charakter basu, tak tym razem przychodzi mi na myśl brodzenie w gumowcach w wannie karmelu – to chyba najlepiej oddaje moje wrażenia w stosunku do średnicy. Co ciekawe najbardziej rzucała mi się w uszy niższa jej partia w obszarze granicznym przy basie, dokładniej zakres 100-150 Hz, gdzie daje się odczuć przesycenie. Jednocześnie nie jest bezpośrednio wypchnięta w stronę słuchacza, przez co notujemy tu taki a nie inny efekt. Brakuje mi tu separacji, powietrza, dźwięk wydaje się zbity i ciasny, duszę się, spodziewałem się więcej.

Góra jest w tych słuchawkach równie specyficzna, co one same. Mianowicie w niektórych utworach czuć jej bardzo przyjemne „ćwierkanie”, ale jednocześnie w innych już można odczuć przyciemnienie, czasami aż za mocne. Dzieje się tak ponieważ w ramach góry jej środkowa część jest wyeksponowana zauważalnie mocniej niż pozostałe. W efekcie pod naporem pozostałych rejestrów odnosimy wrażenie, że nie ma ona najmniejszej możliwości roztoczyć się przed nami na całej swojej długości, a jedynie kończyć się w bliżej nieokreślonym miejscu w zależności od przesłuchiwanego materiału. Sytuacja jest tu miejscami dosyć analogiczna do Noonteców Zoro, które ze względu na pewien „defekt” w postaci dramatycznie nurkującego wykresu w tylko jednym ich punkcie, również miały ogromny problem z zachowaniem jednorodności i stabilności wraz z kolejnymi utworami. Przez określenie „stabilność” zawsze mam na myśli przewidywalność – a więc zachowanie się w taki sam sposób bez względu na to, gdzie górne rejestry będą próbowały się przebijać w samplach danego utworu. Pomijając już fakt, że ciemne słuchawki nie są tymi, które trafiają w mój gust, to jednak życzyłbym sobie, aby wspomnianą ciemnością emanowały w sposób ciągły, przez co rzucając im czy to muzykę klasyczną, czy dark ambient, czy heavy metal, czy też jakąś klubową elektronikę, nie będę odnosił wrażenia, że miejscami jest (w ramach góry chociażby) wszystko dobrze, a zaraz w następnym utworze „pyk” – coś mi tam zgasło. Góra w takim a nie innym wydaniu niestety właśnie tak się zachowuje i głównie fani ciemnego brzmienia są w stanie to zaakceptować, a sporadyczny powrót do normalności, gdy sample oscylują wokół na oko 10-12 kHz, przyjmą jako pozytywne zaskoczenie i podkreślenie tego fragmentu pasma, zupełnie jakby miało się na głowie całkiem dobry model w sygnaturze „U”. HM9 takim modelem jednak mimo wszystko nie są – to wykres z tendencją konsekwentnie spadkową i we wskazanym rejonie można zanotować tylko lekkie podkreślenie, którego nie nazwałbym wybiciem.

Problemy góry oznaczają automatycznie tu problem także ze sceną. Ta w zakresie wychylenia L-R jest poprawna, ale nie powalająca na kolana. Głębi niestety nie mogę się w nich zbytnio doszukać i to nawet w sytuacjach, gdy staram się im pomóc poprzez wyciąganie z torby coraz to jaśniejszych i przestrzennych układów (akurat podczas testów byłem na wyjeździe). Niestety jak było w tej materii opornie, tak nadal nic się tutaj specjalnego in plus nie zmieniło, także można sobie zanotować, że scenicznymi potworami te słuchawki definitywnie nie są. Oczywiście mam oczy i widzę, że to konstrukcja zamknięta, miejska, pod wzornictwo, „semikompaktowa”, ale jednak efekty sceniczne mogłyby być tutaj znacznie lepsze, a ja nie dziwiłbym się zastosowaniu przetworników niby 40mm, które służą tutaj chyba tylko celom marketingowym i pompowaniu basu.

 

Brzmienie – sumarycznie
Ostatnio usłyszałem po kolei od dwóch znajomych, że mam nawyk czepiania się jednej rzeczy w danych słuchawkach i wałkowania problemów tam znalezionych aż do bólu. Coś w tym jest, a przynajmniej jak patrzę po chociażby i niniejszej recenzji. Niemniej jednak uważam, że mam do tego całkowite prawo – jako osoba je recenzująca i patrząca na nie z perspektywy innych modeli z okolic ich ceny. Czasami aby w pełni zrozumieć dane słuchawki trzeba skupić się nie na pozytywach, a na wadach i wniknąć w problem w sposób bardzo dogłębny.

Do dyspozycji naszej oddane są tu ciepłe i ciemne słuchawki o średniej detaliczności i standardowej scenie, czasami tylko nas zaskakujące w niektórych utworach brzmieniem jakby typu „V” ale przede wszystkim swoją masywną konstrukcją i wzornictwem. HM9 przesłuchiwałem jak już wspominałem wcześniej głównie na wyjeździe i akurat (jak się okazało dla HM9 – niefortunnie) zapomniałem zabrać swoich własnych „pomocy naukowych” i pod ręką ostały mi się tylko AKG K240, przez co odsłuchy wykonywałem przez dwa dni na swój sposób odosobniony i skazany tylko i wyłącznie na HM9 oraz od biedy właśnie K240. Gdy przerzuciłem się na wspomnianą parę – ach, nareszcie coś, czego da się na dłuższą metę słuchać i co nie powoduje bólu głowy. Tańsze i o wiele mniej nastawione pod miejski odsłuch słuchawki z Austrii okazały się o wiele przyjemniejsze w odsłuchu, obnażając też wiele wad, jakie trapią przetworniki HM9. Wreszcie jest konsekwentnie jaśniej, choć jednak po latach muszę stwierdzić, że w życiu słuchałem naprawdę dziko wystrojonych pod względem górnych rejestrów słuchawek nawet o tym nie wiedząc i K240 absolutnie nie są na ich tle po tym czasie złe, wreszcie też pojawiła się porządna scena, a ponad wszystkim to, czego mi w HM9 od samego startu brakowało: jej głębi. Przetworniki stosowane w K240 są od HM9 jak na ironię też zauważalnie mniejsze, a jednak dają sobie z nimi radę niemal z automatu i to też o czymś świadczy. Oczywiście są to dwie zupełnie inne konstrukcje, wobec siebie przeciwstawne, ale zawsze jest to jakieś lepsze brzmienie możliwe do uzyskania do danej kwoty. Z tego względu jestem nawet zadowolony, że zapomniałem zabrać ze sobą części sprzętu, bo przypomniałem sobie przynajmniej wartość swoich starych MKII i wszystkie te powody, które mną kierowały dawno temu, gdy je kupowałem, a co zaowocowało mocną aktualizacją leciwej już ich recenzji.

Po korekcjach w HM9 da się za to usiedzieć bez żadnych negatywnych wrażeń, poza samym faktem, że przy tak drogich nausznikach musimy bawić się w ustawianie korektora na wzór „/”, aby słuchawki się w jakiś większy sposób wyrównały tonalnie. Wciąż jednak będzie przez nie przemawiał ich przyciemniony charakter, co samo w sobie oczywiście minusem nie jest. Jedna rzecz pozostanie niestety niezmienna – komfort, który u osób takich jak ja jest stosunkowo mały. Ten typ po prostu tak ma i tak gra.

 

Podsumowanie
Przyznam się, że spodziewałem się tu brzmienia w przytupem i takiego się też doczekałem, choć w wydaniu mniej „spektakularnym” jakościowo, niż na samym początku próbowała mi to wmówić ich cena. Brainwavz HM9 na początku wywoływały we mnie pozytywne wrażenia, głównie ze względu na solidność budowy i świetny wygląd (subiektywnie), potem jednak entuzjazm powoli malał, zaczęło dochodzić do mnie coraz więcej czy to wad praktycznych, czy brzmieniowych. Ostatecznie pozostało się wrażenie braku jakościowego szału i wyraźnego wyróżnika na tle konkurencji (poza budową i materiałami). HM9 próbują trzymać się jakby brzmienia idącego w kierunku na swój sposób „ulepszonych HM3″, a w zasadzie Maxelli Retro DJ. Wbrew pozorom potrafię docenić basowe słuchawki, problem jednak w tym, że nie miały czym mnie one tu zauroczyć, nie wywołały specjalnego zainteresowania linią brzmieniową i w efekcie każda próba dłuższego okopania się przy nich w fotelu kończyła się poszukiwaniem wzrokiem innej pary, w której moje uszy mogłyby odpocząć, a to chyba nie tak powinno być i nie tego się spodziewałem. Podobny los spotkał ostatnio też Noontec Hammo, które z kolei mogłyby jak na ironię się od HM9 uczyć, gdyż są od nich gorsze na wszystkim, co przychodzi mi tylko do głowy. Lepsze wrażenia niż z HM9 notowałem z HM5, których model ten nie zastępuje brzmieniowo, nawet gdyby był strojony w ten sam sposób.

Mamy tu zatem pewien dylemat, a przynajmniej ja go mam z ostateczną oceną – z jednej strony są to słuchawki stylowe, masywne, dociskowe i stworzone na miasto, o gęstym i całkiem muzykalnym brzmieniu mogącym się podobać, z drugiej niewygodne na dłuższą metę na dużych głowach i brzmieniowo przesadnie zagęszczone, o kulejącej akustyce wewnątrzkopułowej i z przesadzoną moim zdaniem ceną w stosunku do możliwości, a przynajmniej jak za rebrand, bo wszystko na to zdaje się wskazuje. Oczywiście można wciąż je kupić i cieszyć się z całkiem udanych słuchawek na miasto, zwłaszcza przez osoby lubujące się w mięsiście i gęsto grającym sprzęcie z wyróżnikami natury wzornictwa, ale po prostu mają one w moich oczach trochę za dużo wad, jak na tak wysoką półkę cenową, od której wolałbym wyjść na chociażby modele pokroju Custom One PRO, jeśli szukałbym takiego właśnie brzmienia. Gdyby choć trochę je dopracować, byłoby znacznie lepiej…